Jesteś, wykonujesz zadanie, zamykasz sprawę i lecisz dalej

Wiola Witak, Rak'n'Roll Team
Wiola Witak, Rak'n'Roll Team Fundacja Rak'n'Roll
Wiola Witak, biegaczka Rak'n'Roll Teamu: o miłości do biegania, swojej historii i drodze do zdrowia (pokonanej biegiem, bo Wiolka inaczej nie potrafi ;)), o chwilach słabszych, o ważnych ludziach, bez których byłoby trudno, opowiada Monice Dąbrowskiej, duszy i napędowi programu Rak'n'Rolling, którego celem jest propagowanie aktywności fizycznej, podróżowania i pokonywania własnych ograniczeń, jako motywacji do walki z rakiem i powrotu do życia po chorobie.

Monika: Wiolu, kiedy Ty zaczęłaś biegać?

Wiola: W styczniu 2015 roku.

M: A dlaczego zaczęłaś? Czy to było jakieś postanowienie noworoczne, mało kto zaczyna w styczniu...

W: Ponieważ chciałam w końcu zacząć robić coś fajnego w swoim życiu po chorobie, tzn. pójść w stronę aktywności, która pozwoli mi wrócić do normalnej wagi (zgubić nadbagaż) i ujarzmić trochę moje ADHD. Mój Piotrek biegał wtedy już od 2 lat i ja też chciałam robić, tak jak On. Chciałam tak naprawdę sprawdzić na sobie, to wszystko o czym On tak ‘świergoli’ z rozkoszą, dlaczego kupuje te wszystkie buty, ciuchy etc. Pomyślałam sobie: „A nóż widelec będzie to właśnie to, o co mi chodzi, na czym mi zależy?”



M: To był Twój pierwszy kontakt ze sportem, z bieganiem?

W: Nie, nie uwierzysz, ale byłam kiedyś w drużynie koszykówki! W reprezentacji szkoły
Ja, wzrost 158 cm! :)

M: Koszykówki?! To ty skoczna jesteś! Jest podobno taki sportowy bakcyl, i jak go ktoś w młodości dostanie, to zostaje w nim na zawsze, choć niekiedy w uśpieniu... Tobie się go dostało w podstawówce?

W: Tak, byłam wtedy mistrzynią województwa młodzików w badmintona! Grałam też na zawodach w szachy, ale nie, nie mam refleksu szachisty… :) Dalej idąc, pchałam kulą, skakałam w dal (wszystko na zawodach!). Trzy lata tańczyłam w kółku tanecznym jako reprezentacja szkoły. I to nie była jakaś tam ‘popierdółka’, to było poważne! Zaznaczam, że zawsze miałam krągłości! Byłam też w reprezentacji siatkówki. Przeszło mi wszystko w szkole średniej. Kilka ładnych lat ze sportem nie miałam kompletnie nic wspólnego. Szybko też się pojawił się dzidziuś, więc ze sportu zostały mi tylko spacery. Wróciłam do aktywności kilka miesięcy przed informacją o chorobie.

M: Czyli w 2011 roku?

W: Tak. Zaczęło mi się nawet fajnie sportowo układać, trener personalny na siłowni, fitness, sztangi i mój znienawidzony orbitrek. Coraz więcej treningów, coraz większe tempo i brutalnie mi to przerwano…

M: Jak dostałaś diagnozę?

W: Oglądałam wtedy namiętnie program „Wstydliwe choroby”. I w jednym z odcinków były objawy raka sutka. A ja te objawy miałam od ładnych paru miesięcy…

M: Jakie?

W: Tutaj znów wielką rolę odegrał mój Piotrek, to On zwrócił uwagę na wciągniętą lekko pierś pod sutkiem. To On, oglądając ze mną program, powiedział: „Wiolka, to wygląda tak jak u Ciebie!”. Tak, wciągnięta skóra, identycznie jak u mnie…
Potem miałam nawet zrobić zdjęcie i wrzucić je do sieci, ku przestrodze i uwadze innych.
Bo dla mnie to wyglądało tak, jakby pierś w tym miejscu straciła jędrność. Ale czujne męskie oko zgoła inaczej to widziało!

M: Masz to zdjęcie?

W: Nieee właśnie…

M: I co, po obejrzeniu programu od razu pobiegłaś do lekarza?

W: Po programie umówiłam się na USG piersi. Wykonywałam je co roku.

M: Czyli badałaś się regularnie?

W: Tym razem minęło półtora roku, bo byłam bardzo pochłonięta ulubioną pracą.

M: A dlaczego się badałaś? Skąd wiedziałaś, że trzeba? Ktoś w rodzinie miał raka piersi? Mama nauczyła? To powinien być standard i taka nasza babska normalność, ale tak niestety nie jest, bo wciąż tylko nieliczne świadome kobiety się badają. Dlatego Cię o to pytam.

W: Miałam torbiele. Badałam się od 2002r. gdy wyczułam jakieś ziarenka w piersi. Ta pierś mnie bolała, tylko że tą piersią karmiłam trzynaście miesięcy Mateusza. Umówiłam się więc na kontrolne USG i tak od 2002 sprawdzałam co rok. Było kilka torbieli 2-3mm. Nic niepokojącego. Z roku na rok rosły.

M: A tamten ból, to co to było?

W: Poszerzone węzły mlekowe. Nawet usłyszałam taką diagnozę, że moje ciało domaga się macierzyństwa.

M: Ok i od tamtej pory byłaś czujna, raz do roku robiłaś kontrolne USG tak?

W: Tak, raz w roku. Ostatnie było w 2009 pod koniec. Potem przerwa aż do 2011r. do sierpnia, kiedy w wynikach napisano po łacinie: „Podejrzenie raka, pilna biopsja”. To był bodajże 27 sierpnia. 7 września byłam już bez piersi…

M: No to faktycznie ekspres. Miałaś wtedy jakieś zawahanie?

W: Nie, nie miałam. Chciałam, żeby wszystko wycięli. I całą pierś i wszystkie węzły.
Ja jestem zadaniowa (mimo ADHD). Zero jedynkowa. Nie chciałam półśrodków.

M: I co, nie dopadło Cię potem? Żal, deprecha, smuteczek, tęsknota za cycem?

W: Dopadło, kurwa. Ale jak…! Kiedy pojechałam na pierwsze konsultacje (przed operacją), jeszcze wtedy byłam bardziej zielona w tym temacie i nie wiedziałam, że od raka usuwa się CAŁĄ pierś. Myślałam, że rak to tylko mały groszek, którego się z ciała wycina. Jak usłyszałam, że proponują mi mastektomię pełną, to poczułam się jak bardzo mała, bezradna dziewczynka z warkoczem (bo takiego miałam w tym dniu). Ale później, kiedy jednak ‘rozkminiali’, że może zrobią operację oszczędzającą, ja już ochłonęłam i wiedziałam, że jak ciąć to ciąć całość.
Kolejny raz był po operacji. Piotrek zawiózł mnie do łazienki. Czułam się obrzydliwie, okaleczona, brzydka, kompletnie niekobieca… Tak bardzo było mi źle, bałam się spojrzeć w lustro. Wiesz, to jest straszne, bo na moment poczułam TO nawet teraz. Cholera…
Piotrek nigdy nie dał mi odczuć, że jestem mniej hmm… seksowna. Bez cycka, z 20 kg wagi więcej… Nigdy! Zawsze mówił i mówi do mnie: „Piękne moje!” :)
To tak na marginesie, ale to kuźwa takie ważne! Współczuję kobietom, które nie mają wsparcia w facetach, bardzo współczuję. A spotkałam na swojej drodze takie…

M: Tak, niestety. Faceci czasem w takich sytuacjach zawodzą. Ale Twój był. To wielkie szczęście mieć obok siebie Piotrka, prawda?

W: Tak, pomimo że czasami mnie denerwuje, to większe szczęście Go mieć, niż nie mieć ;) Ma krzyż pański ze mną czasami…



M: A gdybyś miała poradzić facetom (wiesz, oni są zadaniowi, tak jak Ty) co mają mówić swoim dziewczynom po mastektomii, to co byś powiedziała? Co Ty chciałaś wtedy słyszeć? Albo czego nie mówić/nie robić?

W: Ja nie lubiłam pocieszania, chciałam, żeby był, żeby był cierpliwy.

M: I nie ma jakiejś recepty? Magicznego zdania?

W: Nie ma, w moim przypadku nie było i myślę, że nie ma, bo nie przewidzisz takich sytuacji np.: Wracamy ze szpitala po operacji, a tu BACH! Billboard na 10 metrów! Na nim laska reklamująca biustonosz i jej piękne piersi! To wtedy jest jak kolejny boks w twarz… Ja powtarzałam i powtarzam, że gorzej ma osoba wspierająca - mąż, żona, rodzina. W tym czasie chyba powinni mieć taką kulę czarodziejską i wróżyć z niej, jak w danym momencie podejść do chorej osoby, cierpiącej, kapryśnej, czującej się niezrozumianą, niekochaną itp., itd…

M: Długo Cię tak trzymało? Bo jak Cię znam, to jakieś 20 minut :) Wraca czasem?

W: Nie, no jasne, że nie trzymało długo, ale wracało, nie dawało zapomnieć, choć z czasem zaczęłam z tego żartować. Nawet z protezy piersi, którą nazwałam Henrietta ;)
Bywało na przykład, że zapomniałam Henrietty nałożyć na siebie, tak zapędzona byłam. Jechałam do pracy bez cycka i wypychałam go papierem toaletowym :D

M: Szalona! Ciągle w biegu... Po drodze Ci to bieganie było…

W: Tak. Wtedy jeszcze nie biegałam, ale życie moje było i jest biegiem.

M: Kiedy przyszła akceptacja? Coś pomogło? Był jakiś przełom i fajerwerki, czy po prostu czas?

W: Oj, tak naprawdę było kilka akceptacji, kilka etapów, ale to związanych ze zmianami zachodzącymi w wyglądzie, w powrocie do normalniejszego wyglądu. Wyślę Ci zdjęcia,
zobaczysz o czym mówię. Dokumentowałam swój wygląd.

M: Dlaczego?

W: Wtedy nie wiedziałam, że tak byłam zmieniona i brzydka. Po prostu brzydka. Ja czułam się naprawdę tam, wewnątrz siebie, tak samo jak przed chorobą. Tak też byłam traktowana przez otoczenie. Zupełnie normalnie.

M: Coś z tym robiłaś czy grzecznie czekałaś, aż chemioterapia się skończy?

W: Na początku walczyłam, wiesz makijaże etc., ale to mi nie dodawało urody (widzę po zdjęciach...). Choć to jest mega ważne, to co właśnie robicie w fundacji – „Warsztaty Pięknościowe.” One są prawie tak potrzebne jak leczenie konwencjonalne.

M: Byłaś na nich czy sama działałaś?

W: Byłam na kilku, nie tylko z RnR.

M: To pomogło zaakceptować nową siebie? Pokochać nową? Dać się kochać innym?

W: To pomogło mi poczuć się na nowo kobietą. Na początku na chwilkę. Malutką. Pojawiała się wtedy taka iskierka, że ten czas minie, że to nie jest na stałe, dzięki tym „Warsztatom Pięknościowym” między innymi.

M: Czy czuć się kobietą wystarczy by być silną, by chcieć walczyć, by nie odsuwać się od bliskich i dać im żyć?

W: Nie, nie wystarczy by być silną. Choć siła jest potrzebna i to bardzo w każdym momencie życia.

M: A co jeszcze trzeba mieć, by podjąć próbę dalszego życia? Bo wiesz, że w chorobie nowotworowej bywa różnie... Ja kiedyś dłuższy czas korespondowałam z córką takiej Pani, która zawsze była atrakcyjną kobietą i po leczeniu onkologicznym się poddała. Przestała wychodzić z domu, potem z łóżka. Nie chciała rozmawiać z bliskimi. Oni kompletnie nie wiedzieli co robić... Co trzeba mieć, by umalować paznokcie, wrócić do pracy, założyć szpilki albo buty do biegania i zacząć biegać? Tak, jak Ty to zrobiłaś. Skąd pochodzi Twoja moc?

W: Trzeba otoczyć się ludźmi z energią POTRZEBNĄ. Tak ją nazwijmy - potrzebna energia.
Trzeba mieć kogoś obok siebie, niech to będzie jedna prawdziwie bliska osoba, która pomoże, zamiast tłumu trzymających na dnie. Ja w trakcie leczenia też zaczęłam wspierać inne osoby, które były krok i więcej za mną. Ale mój ‘power’ nie wszystkim pasował, niektórych męczył, widziałam to. Bo ja miałam w swoim życiu po raku kilka duszyczek, które poprowadziłam ku dobremu spojrzeniu na świat, ku dobremu samopoczuciu. Moją moc mam w genach, mam to po mamie. Zauważyłam, że często wystarczy tylko pojawić się w życiu takiej osoby, choć na chwilę. Ja tak się pojawiałam i szlam dalej. Nie będzie chyba pyszałkowato brzmiało, jeśli powiem, że czyniłam dobrze? I mam nadzieję, że dalej to robię. Jesteś, wykonujesz zadanie, zamykasz sprawę i lecisz dalej.

M: Pokazywałaś, że się da, bo Ty sama jesteś dowodem na to, że się da! To daje nadzieję, więc zaczynali kombinować? Dobrze rozumiem?

W: Tak, bardzo dobrze, każdy potrzebuje czegoś innego, innej energii, innego znaku…
Czasami mam wyrzuty sumienia, że pourywałam kontakty z osobami, którym dałam cząstkę siebie, trochę tej potrzebnej energii. Uciekałam, kiedy widziałam, że pomogło. Trochę się może bałam, że nie starczy jej dla innych, że nie wystarczy jej dla mnie, jeśli zostanę w normalnych relacjach? Może się bałam, że za dużo ze mnie zabiorą i się wypalę, choć z drugiej strony ja też z tych relacji czerpałam. Lubię się czuć potrzebna i to była taka współpraca, ja im oni mnie. Dlatego tak dobrze wyszło mi się z tego leczenia.



M: Chyba rozumiem. No to teraz wróćmy do biegania. Cztery lata po mastektomii, po dwóch latach podglądania Piotrka postanowiłaś też zacząć biegać. Od czego zaczęłaś? Założyłaś buty i poszłaś, czy od razu zapisałaś się na zawody?

W: Tak, podglądałam i zazdrościłam. Zaczęłam od kolorowych butów :D

M: To zrozumiałe.

W: Wiesz, żeby pokonać 200m trzeba mieć kolor!

M: Absolutnie!

W: Akurat jeden z pięciu moich braci wyjeżdżał do Stanów i zapytał czy coś potrzebuję. Chyba był to moment przełomowy. Poprosiłam go o kolorowe buty do biegania w rozmiarze 38. Pierwszy trucht odbył się na moim osiedlu i myślałam, że po 200 metrach wypluję płuca. Poważniejszy bieg, czyli 1,5 km to były zakupy w Biedronce. Skończyły mi się płatki owsiane, więc pod osłoną nocy nałożyłam plecaczek na grzbiet i potruchtałam w te i we w te. Byłam purpurowa do następnego dnia, ale dumna jak mało kto! Ten wyskok do biedronki był w styczniu 2015r. W kwietniu biegłam półmaraton górski.

M: Biegi górskie w Szczawnicy ‘15. Pamiętam! Jak o tym wtedy myślałaś? Chciałaś, żeby było Ci fajnie, czy chciałaś poprawić kondycję, schudnąć, czy choroba miała tutaj znaczenie, czy zupełnie nie?

W: Chciałam to pokonać, chciałam poczuć radość z biegania, zrozumieć to, o czym przez ostatni czas mówił Piotrek. No i rzeczywiście stwierdziłam, że idzie z tego czerpać radość i satysfakcję, nie tylko zmęczenie i niechęć.

M: Kiedy tak stwierdziłaś? Po tej biedronce?

W: Taaak!

M: No to jak zwykle ekspresowo!

W: Już wtedy poczułam delikatne motyle w brzuchu.

M: No ale od wtedy do teraz trochę minęło, przebiegłaś już mnóstwo kilometrów, startowałaś w niejednych zawodach i szykujesz się do królewskiego dystansu....

W: Ja wiem, że nie wyglądam na biegaczkę, nawet na truchtaczkę też nie, ale sprawia mi to frajdę i stawia poprzeczkę, którą pokonuję. Czasami nieudolnie, ale daje radę i co więcej czasami motywuje tym innych.

M: I to jak!

W: Wiesz jak słyszę (i się nie obrażam!): „Wiola jak widzę twój wielki tyłek mknący przede mną to sobie myślę, No i biegnie??? Ja nie będę gorsza!” Tak, tak słyszę :D
I to mnie też motywuje. Więc zobacz, to działa w dwie strony!

M: Ale to, co zrobiłaś w tym roku w Szczawnicy, jest dla mnie oznaką wielkiej Twojej siły, determinacji i chyba już pasji? I nie o tyłek mi chodzi! :)

W: Ha, ha, ha! Tak, chyba mam tej siły i determinacji trochę.

M: Bałaś się biec czy bardziej bałaś się nie biec? Miesiąc po poważnej operacji...

W: Bardziej nie biec. Chociaż tam na górze był moment, że żałowałam, wystraszyłam się czy nie za wcześnie, choć to tylko było w mojej głowie. Nic się nie działo złego. Fakt, byłam w kondycji minus sto procent i tak mną tąpnęło... Ale wiesz, błoto mi wynagrodziło wszystko. Dodało siły i radości. Takie zwykle błoto!

M: Ja rozumiem zamiłowanie do błota i kac moralny po Półmaratonie Warszawskim, na którym nie mogłaś biec, bo właśnie Cię pokroili…, ale tak od razu bieg górski? Co to bieganie w sobie takiego ma, że strach nie biegać?

W: No to dobre pytanie, strach przed takim kacem moralnym niebiegania jak dla mnie. W trakcie zawodów czasami jest kurewsko ciężko, opadasz nieraz z wszelkich sił, jak ja to mówię wody odchodzą. Ale te endorfiny ‘po’, nowe pomysły, nowe moce, takie fajerwerki wewnątrz… Wiesz to taki biegowy orgazm! :D

M: Wracasz na dół, padasz na pysk wypruta z sił i o niebo silniejsza?

W: Tak, im bardziej wypruta, tym szczęśliwsza. To inny wymiar.

M: magia biegania…

W: Wiem, że to takie wyświechtane i nigdy nie uwierzyłabym, gdybym nie spróbowała i się w tym nie zakochała. Choć czasami nie chce mi się okrutnie wyjść z domu na trening. Ale jak wracam, to sama siebie opierdzielam za to, że mi się nie chciało, skoro potem było mega fajnie, jak zawsze. Dlatego teraz pomalutku zaczynam przygotowywać się do maratonu, wracam do regularnych treningów.

M: Ile razy w tygodniu trenujesz? Ile razy w tygodniu musisz się opierdzielać za niechcenie się?

W: Biegałam 3 razy w tygodniu i 2-3 razy treningi siłowe (na siłowni). Czasami na każdy trening nie chce mi się iść.

M: Szybko wracasz do formy po operacji, myślisz, że kondycja biegacza Ci pomogła?

W: Siła, którą mam po mamusi i siła, która wyrobiłam sobie bieganiem, ćwiczeniami, to mi pomaga w powrotach do formy!

M: Po miesiącu od wyjścia ze szpitala przebiegłaś Hardy Rolling po górach, to nie mam wątpliwości, że maraton za chwilę pobiegniesz. Masz jakiś konkretny plan czy jeszcze za wcześnie?

W: Nie mam planu, choć planem jest wdrożyć minimalny plan. To była moja 7 operacja od 2011 r. Tą informacją i informacją o pokonaniu raka zmotywowałam jedną z uczestniczek Hardego Rollingu. Chciała się poddać już na deptaku w Szczawnicy. Wróciłam do niej i zagaiłam, że jeśli ja przebiegnę to i ona da radę, że to tylko głowa łże, że się nie da. Dobiegła!!! Pokonała ten dystans! To był jej pierwszy bieg, tak mówiła. Mam nadzieję, że się zakochała w bieganiu, jak ja kiedyś.

M: Ciekawe czy lubi błoto... Szczawnica w tym roku nie była łatwa. Śnieżyca na kilka dni przed startem, straszenie deszczem i błoto po kolana...

W: No i właśnie, co niektórych pogoda odstraszyła, a mnie tym bardziej zmotywowała i zachęciła. Boję się, że to jakaś choroba!

M: Wiolka, wyszłaś z raka, wróciłaś do pełnej formy, kolejne operacje nie są w stanie wybić Cię z tego lotu. Jesteś piękną kobietą, wrażliwą i mądrą, a do tego żyjesz z pasją i wiecznym poczuciem humoru. Masz w sobie luz, ale umiesz motywować.
Mogłabym zapytać banalnie, jak Ty to robisz, ale chyba już znam odpowiedź na to pytanie. Już mi to trochę opowiedziałaś. Biegnij dalej, bo track twojego biegu daje innym siłę. Mnie zachwyca.

W: Dziękuję, że tak myślisz, że tak mnie odbierasz. Żebym jednak mogła być w dobrej kondycji, potrzebuję nadal ludzi wokół siebie. Bądźcie Wy jako JEDNOSTKI Moniś i jako Fundacja, dla której mogę też coś zrobić, dać coś od siebie. Ja bardziej potrzebuję dawać niż brać, nawet jeśli samej mi czasem trudno.

M: Dałaś Wiolu swoją historię. Dziękuję Ci!



***
Rak'n'Rolling to projekt sportowo-terapeutyczny, którego celem jest propagowanie aktywności fizycznej, podróżowania i pokonywania własnych ograniczeń, jako motywacji do walki z rakiem i powrotu do normalnego życia po chorobie. Nasi Rak’n’Rollowcy zdobyli już Zwrotnik Raka na rowerach, Koronę Gór Polski pieszo, biegają w Szczawnicy i podbijają świat!

Działanie programu można wesprzeć, przekazując 1% podatku Fundacji Rak'n'Roll.
Trwa ładowanie komentarzy...